środa, 16 września 2020

150 metrów od domu.

 "Szukaj mnie

Cierpliwie dzień po dniu

Staraj się podążać moim śladem

Szukaj mnie
Bo sama nie wiem już
Bo nie wiem kiedy sama się odnajdę..."
Edyta Geppert



❗ 150 metrów ❗

9 letnia Sylwia Iszczyłowicz wyszła z domu 26 listopada 1999 roku około godz. 16:45 przy ul. Wolności w Zabrzu z zamiarem udania się na spotkanie kółka oazowego. Tego dnia słońce zaszło bardzo szybko, bo już po godzinie 15:30, co oznacza, że dziewczynka trasę pokonywała po zmroku. Czemu szła sama? Kościół Św. Andrzeja w Zabrzu, gdzie odbywały się spotkania kółka znajduje się zaledwie 300 metrów od domu Sylwii. Okazało się jednak, że zajęcia zostały przeniesione do innej sali z powodu remontu. Prawdopodobnie, 9 latka nie mogła zlokalizować nowego miejsca spotkania, ponieważ oficjalnie nie dotarła na zgromadzenie członków kółka oazy. Około godziny 17.00 widziana była przy lodziarni w rejonie ulicy Piłsudskiego. O godz. 17.00 doszła do tunelu na ulicy Damrota. Później, minęła restaurację „Pod Kasztanami” i około godz. 18.00 weszła do kościoła, ale nie została na mszy. O godz. 18.30. pojawiła się w pobliżu filii biblioteki miejskiej, na ulicy Wolności 175. To zdarzenie zostało potwierdzone przez bibliotekarkę, która jako ostatnio widziała Sylwię, kobieta twierdzi, że 9 latka zmierzała w stronę domu. Miała do pokonania odległość 150 metrów!
Ślad po dziewczynce niestety zniknął bezpowrotnie...

Dziewczynka w dniu zaginięcia była ubrana w białą spódniczkę z włóczki, cienkie rajstopy, popielaty sweter do ud, z aplikacją kota z przodu. Puchową kurtkę do bioder w tym samy kolorze zapiętą na zatrzaski z uszkodzonym suwakiem, granatową czapkę z pomponem z boku oraz w buty trapery za kostkę, z popielatym futerkiem i białymi sznurówkami.

Poszukiwania, rozpacz.

Około godz. 19.00 mama dziewczynki- Ewa Iszczyłowicz zaczęła się niepokoić i ruszyła na poszukiwania. Objechała wszystkie przystanki autobusowe, okolice dworca autobusowego, markety,stacje benzynowe... i nic.
O godz. 22.30 Pani Ewa postanowiła zgłosić zaginięcie córki. Policjanci od razu przeszukali okolice – sprawdzono park przy ulicy Dubiela, cmentarze przy ulicy Wolności, rejon torowiska w kierunku Maciejowa. Z czasem krąg poszukiwań rozszerzył się. Rozmawiano z mieszkańcami Zabrza, kolegami ze szkoły dziewczynki... i nic.

Mamie Sylwii pomagali jej bracia. Jeździli swoimi samochodami po całym kraju, ufundowali nagrodę za informację o dziewczynce. Pewnego dnia w mieszkaniu odezwał się telefon. Ktoś wołał dziecinnym głosem: "Mamo, mamo, ratuj!" Policja jednak ustaliła, że to dzieci ze szkoły zrobiły okrutny kawał. Kiedy indziej ktoś zadzwonił i powiedział, że Sylwię widziano w klasztorze. Przeszukano wtedy wszystkie siedziby zakonów. Sprawdzano, czy nie doszło do wypadku, czy Sylwia nie wpadła do jakiegoś wykopu. Sprawdzono okoliczne budowy, bez rezultatu.... dalej nic.

21 lat nie ma żadnych wieści o tym, co mogło się wydarzyć w ten listopadowy wieczór...
Rodzina dziewczynki zwróciła się do jasnowidzów. Dziesiątki wróżbitów przewinęły się przez dom. Każdy z nich miał inną teorię, ale ani jedno ze wskazanych miejsc nie było prawdziwe.

Hipotezy:

Teorii w tej sprawie było naprawdę nieskończenie wiele, większość z nich została jednak obalona, na przykład ucieczka czy porwanie dla okupu. Jedno jest jednak w stu procentach pewne- mała Sylwia "rozpłynęła się w powietrzu".

Czy dziecko padło ofiarą przemocy seksualnej? Może w Zabrzu w 1999 roku grasował pedofil? Jeśli tak, to czy jest możliwe, że porwał dziewczynę zaledwie 100 metrów od domu? Czy on ją znał, czy ona znała jego, czy doszło do morderstwa, a jeśli tak, to gdzie jest ciało? Pytań jest pełno, odpowiedzi jednak żadnej...
Najczęstszą hipotezą szeptaną na ulicach Zabrza był handel organami. Według niej zabrzankę porwano, by nielegalnie pobrać od niej narządy do przeszczepów. Nie można zapomnieć o tym, że lata 90' to istne eldorado dla przestępców- opieszałe działania organów ścigania, łapówkarstwo i ogólna korupcja w tamtym czasie przyczyniła się do rozkręcania wielu nielegalnych interesów. Tutaj także nasuwa się możliwość porwania dziewczynki w celu handlu żywym towarem. Wiele zamożnych małżeństw, które z różnych powodów nie mogło mieć własnego potomstwa zlecało porwania dzieci lub kupowało je na czarnym rynku stając się "szczęśliwą rodziną" zbudowaną na krzywdzie i cierpieniu innych.

Z wielu okrutnych teorii odnośnie zginięcia 9 latki mam jednak ogromną nadzieję, że ostatnia koncepcja jest prawdziwa i dziewczynka, mimo tęsknoty za starą rodziną, wiedzie spokojne i szczęśliwe życie z przybraną rodziną...


http://poszukiwanieosob.eu/baza-zaginionych/sylwia-iszczylowicz/

czwartek, 27 sierpnia 2020

W imię szatana.

XIX wiek, wraz z romantyzmem, wprowadził szatana w literaturę piękną oraz filozofię, jako uosobienie nieszczęścia najpiękniejszego z aniołów. W polskiej literaturze romantycznej szatan znajduje swe bardzo ważne miejsce. Jest aktywny społecznie, utożsamia się z zaborczymi władcami, pogrąża jednostki w zależności od siebie i jest kreatorem anty-Bożego świata.

Co sprawia, że perspektywa wiary w szatana staje się dla młodych ludzi czymś godnym uwagi? Po dłuższym zastanowieniu wydaje mi się, że owa wiara jest swoistym BUNTEM. Przeciwko czemu? Przeciwko WSZYSTKIEMU - światu, tradycji, rodzicom, ogólno występującym poglądom, panującej kulturze. Jak wiadomo nie od dziś, młodzież ma w zwyczaju przeciwstawiać się panującym porządkom, ten proces doczekał się nawet swojej nazwy – „młodzieńczy bunt”.

Czemu więc, czasami owy czas mija, odchodzi do lamusa nie pozostawiając po sobie nawet niewielkiego echa, a innym razem konsekwencję niedojrzałych decyzji trzeba ponosić do końca życia?

Satanizm do Polski przywędrował w latach osiemdziesiątych, co ciekawe- nie był on specjalnie tępiony, przeciwnie- jego wyznawcy byli wręcz kolokwialnie mówiąc „na rękę” ówczesnej władzy. Aparat państwowy ze względów politycznych za wszelką cenę starał się odciągnąć młodych ludzi od kościoła i ogólno przyjętego modelu praktykowania Religii chrześcijańskiej. Właśnie wtedy nastał rozkwit satanizmu, a jego przedstawiciele zapisali się w świadomości społeczeństwa jako ci, którzy noszą czarne ubrania, negują wszystko i wszystkich, piją krew i palą koty a wolny czas spędzają na cmentarzach.

Zdecydowana większość tych młodych „satanistów” była zupełnie nie szkodliwa, a ich postawa odzwierciedlała tylko i wyłącznie panującą modę, nie niosła ze sobą żadnej głębszej treści. Niestety tylko większość….



Jest rok 1996, czworo przyjaciół (Robert, Tomasz, Kamil, Karina) spędza beztrosko młodzieńczy czas w Halembie. Wszyscy są w podobnym wieku 18-21 lat, mają również podobne fascynacje- okultyzm i satanizm. O ile do niedawna ich nowa pasja ograniczała się do czytania i dyskusji o szatanie tak wspólnie postanowili iść o krok dalej..

Pewnego dnia znajdują opuszczony poniemiecki bunkier numer 44, który już na długi czas pozostanie ich miejscem schadzek i spędzania wolego czasu. Postanawiają nauczyć się odprawiać czarne msze i rytuały satanistyczne- używają do tego biblii szatana. Wspólnie stworzyli fundament wspólnoty, organizowali „ceremonie”, które nie stroniły od różnego rodzaju używek- był alkohol, narkotyki a także orgie. Całe pomieszczenie bunkra wypełnione było malunkami związanymi z wyznawcami szatana, wszędzie paliły się świece, powstał nawet prowizoryczny ołtarz. Ich fascynacja wydaje się  nie mieć  granic.. z niewinnej zabawy płynnie przechodzą do znacznie poważniejszych rzeczy – składają ofiary w postaci zwierząt, głównie są to koty. Tomasz i Robert wydają się traktować te wszystkie rytuały najbardziej poważnie, 21 letni Tomasz nawet mianował się „przywódcą” organizacji nazywając samego siebie biblijnym Adamem. Karina, jako jedyna kobieta w gronie satanistów  nie ma nic przeciwko, podkochując się skrycie w Tomaszu wysyła mu odważne listy, w których odkrywa swoje seksualne fantazje. Sytuacji bacznie przygląda się Robert, który skrycie kocha się w dziewczynie. W między czasie Karina jest zobligowana do wyjazdu za granicę i zaprzestania praktykowania wiary w szatana.



Przyjaciele spędzają czas na czarnych mszach i satanistycznych rytuałach przez 3 lata, coraz bardziej popadając w swój nałóg. Tak nałóg to dobre słowo- spotkania te nabierają już takiej regularności, że ciężko znaleźć inne. Dzień za dniem ich fascynacja pogłębia się, granice moralne idą w niepamięć..

Jeszcze pod koniec 1998 roku Tomasz z Robertem starają się wymyślić, w jaki sposób mogą jeszcze bardziej zbliżyć się do szatana, chcą zyskać jego bezgraniczną przychylność pokazując całkowite oddanie. Do głowy przychodzi im tylko jedna możliwość… złożyć w ofierze nie zwierze, lecz człowieka. A żeby tego było mało, aby wyrazić swoją bezgraniczną miłość postanawiają zabić kobietę i mężczyznę, nawiązując tym samym do biblijnych pierwszych ludzi na ziemi – Adama I Ewy. Wybór „Adama”  jest prosty, sprecyzowany od samego początku – będzie to 18 letni Kamil. Chłopak spędzał z nimi bardzo dużo czasu w bunkrze, jednak jego fascynacja nie równała się z tą Roberta i Tomasza. Z wyborem ofiary w postaci kobiety mają pewne problemy, z początku rozważają dziewczynę Tomasza, która dodatkowo jest ciężarna. Myślą, że ofiara w postaci kobiety w ciąży będzie niepodważalnym wyznacznikiem  lojalności względem ich obiektu kultu. Z niewiadomych przyczyn jednak Tomasz porzuca ten pomysł, a całe przedsięwzięcie postanawiają odwlec w czasie. Czas ten wykorzystują na przygotowania, kupują niezbędne produkty do odprawienia mszy, zaopatrują się także w dwa sztylety.

W między czasie wraca do Polski 19 letnia Karina, chłopcy szybko zdają sobie sprawę, że to doskonała kandydatka na ofiarę rytualnego mordu. Biorąc pod uwagę upodobania dziewczyny do czarnej magii jak i satanistycznych orgii, namówienie jej jest bardzo proste. Zazdrosny Robert czuje w tej całej sytuacji możliwość zrewanżowania się za zazdrość, którą odczuwał za każdym razem gdy 19 latka flirtowała z Tomaszem. Do rytuału został zaproszony jeszcze jeden chłopak, którego personalia są nieznane. Rezygnuje on jednak kilka dni  przed umówionym spotkaniem, nie podając żadnego konkretnego powodu ku temu.

Jest noc z 2  marca 1999 roku, około godziny 20 cała czwórka udaje się do doskonale znanego im bunkra numer 44. Tomasz i Robert wchodzą jako pierwsi do środka celem przygotowania pomieszczenia pod rytuał odprawiania czarnej mszy. Każdy ma w kieszeni spodni nóż zakupiony kilka dni wcześniej – jeden w kształcie miecza z czarną rękojeścią, drugi z podobizną głowy konia. Robert ma przy sobie także znak pentagramu. Tego tragicznego wieczoru w kieszeni płaszcza Tomasz trzyma miłosne listy od Kariny. „Chcę tobie powiedzieć, że ja będę ciebie kochała na tyle, na ile pozwolisz siebie kochać. Dlaczego ani razu nie słyszałam twojego śmiechu?” – pyta w listach, które znajdzie później policja.

Na ścianach bunkra malują znaki czerwoną farbą: odwrócony krzyż, cyfrę 666, trzy litery „F”, które symbolizują bestię, symbole egipskich bóstw oraz krzyż Konfucjusza. Tomasz czerwoną farbą kreśli duży napis: „Dies Mies Jeschet boenedoesef douvena enithemaus” („Ta podwójna ofiara dobra jest dla miejsca dwóch żyć”).



Na zewnątrz od kilkunastu minut czekają 18-letni Kamil i 19-letnia Karina. Nie mają pojęcia, że tym razem to nie zabawa. I że za kilka minut zostaną złożeni w ofierze Szatanowi.

Zmarznięta dwójka przyjaciół w końcu wchodzi do bunkra, msza rozpoczyna się tak jak zwykle, wszystko przebiega zgodnie z planem. Tomasz nakazuje uklęknąć Karinie i Kamilowi w wyrysowanym na ziemi bunkra pentagramie, rozpalają świecę.  Instruuje klęczących by pochylili głowy, w tym samym czasie wypowiada jakieś niezrozumiałe słowa, które mają być modlitwą do szatana. Z kieszeni wyciągają sztylety, Tomasz unosi ostrze nad Kariną, Robert natomiast nad Kamilem. Z impetem zaczynają ranić przyjaciół, wkładając w to całą swoją siłę. Zakończeniem  satanistycznego rytuału miało byś samobójstwo. Na to jednak i Robertowi, i Tomaszowi nie wystarczyło odwagi. Pierwszy ucieka z miejsca zdarzenia Robert, Tomasz zaś rani się powierzchownie w brzuch. Ucieka do domu, zostawiając po  na śniegu czerwone ślady. Ledwo starcza mu sił by trafić do celu, w domu napotyka brata, którego informuje, że Robert jest wyznawcą szatana i próbował ich zabić. Wskazał drogę bratu i nakazał ratować Karinę. Gdy dobiega on do bunkra jego oczom ukazuje się przerażający widok- krew pokrywa ściany, podłogę, sufit – jest dosłownie wszędzie. Nie to jednak skupia pełną uwagę chłopaka – na środku bunkra zauważa początkowo niezidentyfikowany, palący się obiekt. Gdy podchodzi bliżej zamiera – są to nadpalone, pokryte dymem ciała nastolatków.

Tomasz i Robert trafiają do aresztu, celem złożenia obszernych zeznań. W prokuraturze Robert opowiada: „Ja dźgnąłem Kamila w okolice pleców, boków. Po pierwszym pchnięciu Kamil na mnie spojrzał. Było to bardzo nieprzyjemne, wystraszyłem się. Zacząłem zadawać kolejne uderzenia wszędzie, gdzie się odsłonił. W końcu znieruchomiał, więc przestałem. Widziałem, że Tomek szamoce się z Kariną”. Błagała o życie: „Ratuj mnie Robert”.” Robert nie reagował...

Tomasz przesłuchiwany w szpitalu kłamie, że nie ma z tym zabójstwem nic wspólnego i że też miał być ofiarą Roberta. Ta linia obrony kruszy się, kiedy biegli, którzy przeprowadzili oględziny zwłok, odkryli, że jeden z zabójców jest leworęczny. Tomasz jest mańkutem. W końcu mówi, że zabił, bo „to było silniejsze od niego”. Potem wiele razy zmienia zdanie, odwołuje zeznania, mataczy.

 „Jestem zdrajcą, bo nie wypełniłem rytuału, nie popełniłem samobójstwa” – powie potem w prokuraturze Robert.

Tomasz: „Nie zdawałem sobie sprawy, że tak trudno zabić człowieka. Myślałem, że do zabicia człowieka wystarczy jeden cios. Takie filmy cały czas lecą w telewizji”.

 


Prowadzone śledztwo wykazało, że nie był to profesjonalny rytuał satanistyczny, słowa wypowiadane przez chłopaków były pozbawione sensu, zdania zapisane na znalezionych w bunkrze kartkach były pisane błędną łaciną.  Biegli stwierdzili, że w chwili popełnienia czynu byli zupełnie świadomi podejmowanych działań i z pełną premedytacją pozbawili Kamila i Karinę życia.

Podczas procesu sądowego Robert wyraził pełną skruchę, przeprosił rodziny zmarłych, stwierdził także, że był to ogromny błąd, którego konsekwencję są adekwatne do czynu. Tomasz jednak do końca pozostaje zimny i pozbawiony emocji. Jedyne co można usłyszeć z jego ust to to, że nie był świadom jak trudno jest odebrać komuś życie….

Robert został skazany na 25 lat pozbawienia wolności, Tomasz zaś na dożywocie…

Dramat, który rozegrał się w poniemieckim bunkrze zmienił okoliczną społeczność, nie tylko w kwestii postrzegania satanizmu i jego problemu, ale także uczulił szczególnie rodziców młodzieży do zwracania szczególnej uwagi jak spędzają ich dzieci wolny czas. Wiele młodych ludzi porzuciło swoją fascynację modnym wtedy okultyzmem, przecież każdy z nich mógł stanąć na miejscu Kariny i Kamila, jak się miało wydawać w niewinnej zabawie… 

Autor: Julia Gotowicz 

Źródła: 

https://egzorcyzmy.katolik.pl/czym-jest-okultyzm/

https://rudaslaska.naszemiasto.pl/to-byl-ostatni-mord-rytualny-w-polsce-w-slaskim-bunkrze/ar/c1-7358151

https://www.antyradio.pl/News/Nawiedzony-bunkier-w-Rudzie-Slaskiej-Zabili-w-nim-chlopaka-i-dziewczyne-dla-szatana-WIDEO-42355

http://www.archiwum-tajemnic.pl/demonologia/464-zbrodnia-na-tle-satanistycznym-w-polsce-w-1999-r.html

wtorek, 30 czerwca 2020

Nie wystarczy wyrok ! - Sprawa Mateusza Domaradzkiego


Co przynosi ukojenie w cierpieniu rodziców i bliskich dziecka, którzy je stracili?
Najwyższy możliwy wyrok dla sprawców przestępstwa? -Bynajmniej!

Większość rodzin chce po prostu po raz ostatni pożegnać się z nimi, z godnością pochować ich ciała i mieć miejsce, gdzie w chwilach tęsknoty będą mogli się udać by zapalić "światełko" nad straconym dzieckiem...

Od ponad 14 lat walczy o to rodzina Domaradzkich, którzy wciąż nie ustają w poszukiwaniach swojego zaginionego dziecka. Mimo, że prawne konsekwencję zostały surowo wyciągnięte względem sprawców przestępstwa, co z prawem moralnym? Wszak trudno oczekiwać od "potworów" nawet przebłysków moralności, ale wciąż wszyscy mamy nadzieję...

Luty 2006 roku.

6 lutego 2006 roku- okres ferii, mnóstwo śniegu, dzień wyjątkowo mroźny, rozpieszczający dzieci idealną zimową pogodą, dający fantastyczne warunki do beztroskich harców.
Istny raj dla dzieci, które pozbawione są konieczności nawet myślenia o zajęciach szkolnych. Od samego rana sypie biały, puszysty śnieg. Z bloku przy ulicy Kosmonautów w Rybniku wychodzi 8-letni Mateusz Domaradzki, który w planach ma pójście na sanki. Do domu już nigdy nie wraca...

Zrozpaczeni rodzice rozpoczynają poszukiwania. Z początku na własną rękę- przepytują znajomych, sąsiadów, kolegów Mateusza- cisza, nikt nic nie wie. Wieczorem strach się pogłębia, postanawiają zgłosić sprawę na policji. Zaspy śniegu w dzielnicy Paruszowiec przeszukują setki policjantów i strażaków skierowanych tu z całego województwa. W akcji używa się psów i helikoptera z kamerą termowizyjną. Policjanci nie bardzo wiedzą gdzie szukać...
Kilka dni później twarz Mateusza zna cały Rybnik. Na słupach wiszą plakaty z jego zdjęciem.


Kilkanaście dni później w policyjnym areszcie znaleźli się Tomasz Z. i Łukasz N. zatrzymani w związku z zupełnie inną sprawą, a mianowicie molestowania małej, 12-letniej wtedy dziewczynki. Przyciśnięci przez policjantów przyznają się do zabójstwa ośmiolatka. Bez jakichkolwiek przejawów głębszych uczuć opowiadają o tym, że pod pretekstem pokazania dogodniejszego miejsca do zjeżdżania na sankach zwabili Mateusza w ustronne miejsce, wykorzystali seksualnie i pobili, ponieważ chłopiec odgrażał się, że wszystko powie mamie. Opowiadają ze szczegółami, w osobnych pokojach, to samo. Twierdzą, że ciało zakopali i przykryli gałęziami. W zmarzniętą od tygodni ziemię policjanci nie mogą wbić nawet szpadla, mimo to podejrzani wskazują kolejne i kolejne miejsca gdzie mieli zakopać chłopca. Twierdzą, że byli pod wpływem alkoholu, dlatego nie pamiętają lokalizacji ukrytych zwłok. Topnieje śnieg, mimo tego policjanci nie natrafiają na żaden, nawet najmniejszy ślad po Mateuszu...

Mężczyźni kilka razy przyznawali się do popełnionego czynu, jednakże przed sądem w Wodzisławiu Śląskim (Wydział Zamiejscowy Sądu Okręgowego w Gliwicach) wycofali jednak swoje wcześniejsze zeznania i nie przyznali się do zarzucanych im czynów. Kluczowe dla śledztwa były pierwsze zeznania oskarżonych, podczas których przedstawili zbieżne ze sobą wersje zdarzenia – wyjaśniał nam wtedy Piotr Żak, ówczesny rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Gliwicach.
W 2008 roku sąd uznał mężczyzn za winnych – jego zdaniem oskarżeni najpierw zgwałcili 8-letniego Mateusza, a następnie brutalnie pobili i doprowadzili do jego śmierci. Jednakże Sąd Apelacyjny w Katowicach uchylił wyrok, a sprawa wróciła ponownie do Wodzisławia. Ostatecznie Łukasz N. i Tomasz Z. zostali skazani na 25 lat więzienia. Teoretycznie, na wolność wyjdą w 2031 roku.
– Sąd orzekł, że sprawcy działali z tzw. zamiarem ewentualnym, czyli musieli się liczyć z tym, że pobicie i pozostawienie na mrozie może zakończyć się śmiercią dziecka – tłumaczy sędzia Agata Dybek-Zdyń, rzecznik Sądu Okręgowego w Gliwicach.
Kasacja, która została wniesiona przez skazanych została przez sąd w całości odrzucona. W toku śledztwa okazało się, że obaj mają na koncie już inne przestępstwa seksualne przeciwko nieletnim. Obaj podejrzani są lekko upośledzeni umysłowo.


Można było temu zapobiec?

Dramat, do którego doszło w 2006 roku w rybnickiej dzielnicy Paruszowiec – Piaski, ma swój początek w połowie lat osiemdziesiątych przy ulicy Wolności w Zabrzu. To tu, do specjalnego ośrodka prowadzonego przez siostry boromeuszki, w 1986 roku trafia jeden z późniejszych oprawców ośmioletniego Mateusza – Tomasz Z. Wychowanek ośrodka jeszcze przed ukończeniem 5 lat zostaje zgwałcony przez starszego kolegę. W ośrodku pozostaje jednak do ukończenia 18 lat, w tym czasie sam dokonuje czynności seksualnych na młodszych kolegach. Po zatrzymaniu w sprawie zabójstwa Mateusza w 2006 roku zaczyna opowiadać o swoich przeżyciach z dziecięcych lat, jego zeznania zostają uwiarygodnione na podstawie dotarcia do innych wychowanków, którzy potwierdzają wydarzenia przez niego przytoczone. Tym samym, rusza osobne śledztwo, dając początek wstrząsających jego wynikach. Okazuje się, że w ośrodku do czynności seksualnych dopuszczały się również zakonnice. Dyrektorka ośrodka trafia na dwa lata do więzienia. Przeżycia z dzieciństwa w ośrodku m.in. gwałty, których był świadkiem i uczestnikiem były główną linią obrony Tomasza Z. Kiedy opuścił on ośrodek zamieszkał w Rybniku, gdzie wspólnie ze swoim kuzynem Łukaszem N. przez wiele lat znęcali się seksualnie nad mieszkającymi w okolicy dziećmi.

W styczniu 2017 roku ponownie ruszyły poszukiwania chłopca, wznowiono śledztwo, tereny znów zostały skrupulatnie przeszukane z użyciem najnowszych technologii, niestety nie natrafiono na nawet najmniejszy ślad po Mateuszu...

Natomiast, nigdy nie należy tracić nadziei, dopóki nie ma ciała, istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że chłopiec wciąż żyje. Dlatego też, jego wizerunek wciąż figuruje w policyjnej bazie osób zaginionych.
W laboratorium kryminalistycznym śląskiej policji powstała progresja wiekowa Mateusza Domaradzkiego z Rybnika, lat 19. Policyjny grafik wykonał symulację jego wizerunku po upływie 10 lat od zaginięcia, wykorzystując do tego zdjęć rodziny Domeradzkich.

Źródło:

"Polska odwraca oczy" - Justyna Kopińska
"Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie"- Justyna Kopińska

https://dziennikzachodni.pl/8letni-mateusz-domaradzki-z-rybnika-wyszedl-na-sanki-i-nie-wrocil-ruszaja-poszukiwania/ar/11650286
https://tvn24.pl/magazyn-tvn24/uzna-pani-smierc-syna-pomniczek-postawi,36,844
https://rybnik.dlawas.info/wiadomosci/mija-13-lat-od-zaginiecia-mateusza/cid,10754,a

Autor: Julia Gotowicz

piątek, 19 czerwca 2020

POLSKIE ARCHIWUM X PONOWNIE W AKCJI- ZAGINIONA JOANNA MATJASZEK.

 Na przełomie kilku ostatnich miesięcy mam nieodparte wrażenie, ze w „naszym” świecie- świecie zrzeszającym osoby zainteresowane tematyką zaginięć, na każdym kroku słychać o jakimś przełomie w sprawie, zazwyczaj starej sprawie. Zaczęło się od Moniki Bielawskiej, później  znaleziono szczątki oraz sweter należące najprawdopodobniej do Łukasza Sasa i Andrzeja Ziemniaka. W wodzie odkryto ciało zaginionej 24 lata temu Joanny Gibner, mówi się także o nowych  tropach  w sprawie Iwony Wieczorek. Zastanawiam się co przyczyniło się do tylu aż momentów zwrotnych w tych zaginięciach? Analizując ten wątek doszłam do wniosku, że w każdym z tych przypadków sukces miał innego „ojca” i dlatego też, wydaje mi się, że właśnie ta rywalizacja napędza grupy poszukiwawcze. Oczywiście, pozytywnie napędza i jak widać efekty tego są zadowalające. Od dawna wiadomo było, że w większości tych zaginięć nie mogliśmy liczyć na szczęśliwy finał (może pozytywny okażę się u  Moniki? – trzymam kciuki!), natomiast ważne jest to, żeby każda z zaginionych osób odnalazła się bez względu na wynik poszukiwań.

 Aktualnie, policjanci z krakowskiego Archiwum X pod nadzorem prokuratora przy wsparciu policyjnego oddziału prewencji oraz straży pożarnej badają nowe tropy w sprawie zaginięcia Joanny Matjaszek z 2000 roku. W związku z tym, zapraszam do zapoznania się ze szczegółami tej sprawy.


W roku 2020, 18 letnia Joanna powoli wkraczała w dorosłe życie. Przed sobą miała tak wiele możliwości, tak wiele do zobaczenia, zupełnie nowe wyzwania i doświadczenia. Całe dotychczasowe życie dziewczyny kształtowało się w dobrych barwach. Mieszkała w Brzesku, uczęszczała do liceum w Wojniczu, do klasy maturalnej. Lada moment miała napisać egzamin dojrzałości, który miał otworzyć zupełnie nowe drogi w jej młodym życiu. Jak każda dziewczyna w jej wieku, cieszyła się ogromnie  nadchodzącą studniówką, przygotowania szły pełną parą. Asia zakupiła już nawet kreację na tę okazję- sukienkę oraz buty. Prawie wszystko było już gotowe... Dziewczyna zaczęła spotykać się z 20 letnim Przemysławem W. z pobliskiej miejscowości Niwka, wkrótce potem zostali parą. 

3 listopada 2000 r. chłopak zorganizował u siebie w domu imprezę z okazji swoich urodzin. Nastolatka poinformował swoich rodziców, że po szkole pojedzie do niego i wróci wieczorem. Zaplanowała nawet podróż powrotną. Według jej słów miała wrócić autobusem z Niwki do Tarnowa, a następnie busem lub pociągiem do domu w Brzesku. Joasia już nigdy jednak nie dotarła do domu. Rodzice przez całą noc z 3 na 4 listopada 2000 roku obdzwaniali szpitale, pogotowia, znajomych dziewczyny na marne...

Po wielu nieudanych  próbach ustalenia miejsca pobytu nastolatki jej mama zawiadomiła policję. Funkcjonariusz, który odebrał telefon, nie tylko nie zareagował, ale nawet nie odnotował zgłoszenia. Sprawa ruszyła dopiero 7 miesięcy później.Mundurowi twierdzili, że dziewczyna była już wtedy osobą pełnoletnią, więc nie mieli wystarczających przesłanek, by uznać ją od razu za zaginioną.

Mundurowym udało się ustalić, że dziewczyna poszła około godziny 20 na przystanek, z którego miał odjechać jej autobus, towarzyszył jej wtedy Przemysław W., sytuację tą potwierdziła ekspedientka pobliskiego sklepu. Kobieta kończyła wówczas swoją zmianę, natomiast nie widziała czy Joasia wsiadła do pojazdu. Przesłuchany został również kierowca autobusu, jednakże po takim czasie mężczyzna nie był w stanie stwierdzić czy zabierał kogoś tamtego dnia z zatoczki w miejscowości Niwka.

Z zeznań świadków wynika, że para miała w zwyczaju dość regularnie się kłócić. Wynikało to głównie z trudnego charakteru Przemysława, który bywał agresywny, wulgarny i zaborczy. Policjanci znaleźli list napisany do niego 30 października 2000 r.(kilka dni przed zaginięciem) przez Asię, w którym ta przeprasza go za swoje zachowanie. Z treści listu wynika, że nastolatka kupiła sobie nową kurtkę, zamiast przeznaczyć pieniądze na nowe głośniki do samochodu Przemysława W. Na wspomnianej imprezie urodzinowej też miało dojść do sprzeczki między Joanną i jej chłopakiem. Przemysław W. w jednym z przesłuchań przyznał nawet, że zapakował ją wtedy do samochodu i wywiózł do lasu. Później wycofał się z tych słów i zaprzeczał, by miał związek z zaginięciem swojej dziewczyny. Policja zorganizowała poszukiwania ciała w okolicznych lasach, ale bez skutku.

Z braku jakichkolwiek poszlak już we wrześniu 2001 roku sprawa została umorzona. Później śledztwo wznawiano, ale bez żadnych rezultatów. W 2007 roku ostatecznie ją zamknięto. Nowe dowody zaczęły się pojawiać w związku z coraz większą agresją Przemysława W.

Niedługo po zaginięciu Joasi, Przemysław W. zaczął się spotykać z innymi kobietami. Wobec każdej z nich stosował agresję- bił, poniżał, zastraszał, gryzł. Jednej z kobiet zaczął grozić, zgwałcił oraz dotkliwie pobił, mówić, że zabije ją "tak, jak tamtą szmatę i zakopie koło niej". Sugerował jej, że chodzi o zaginioną Joannę. Po tych słowach kobieta postanowiła zeznawać w sądzie przeciwko agresorowi. Dzięki tym zeznaniom Przemysław W. został skazany na 7,5 roku więzienia. Oskarżony, podczas przesłuchań zaczął sam z siebie wracać do sprawy Joanny Matjaszek. Twierdził, że została zamordowana, a jej ciało nigdy nie zostanie odnalezione. Swojemu koledze miał przed laty powiedzieć, że ciało porąbał i zakopał w kilku różnych miejscach. Niestety, dowody były tylko poszlakowe i karę więzienia mężczyzna odbywał tylko za pobicie i gwałt.

W 2007 roku pod Tarnowem znaleziono ubranie podobne do tego, które w dniu zaginięcia miała na sobie Joanna Matjaszek. Przeprowadzona ekspertyza nie była jednak w stanie ze stu procentową pewnością stwierdzić, że to ubrania dziewczyny, choć jest tego bardzo wysoko prawdopodobne.


Ponieważ niedawno pojawiły się nowe, istotne informacje, zdecydowano aby 16 czerwca br., jak też w kolejnych dniach w miejscowości Niwka koło Tarnowa przeprowadzić czynności poszukiwawcze. Z nieoficjalnych informacji wynika, iż zatrzymana została przez policję kobieta, mieszkanka okolic Tarnowa, którą podejrzewa się o składanie fałszywych zeznań, które utrudniły śledztwo w sprawie prawdopodobnego zabójstwa Joanny Matjaszek. Według portalu wspomniana kobieta należy do rodziny Przemysława W. Możliwe są kolejne zatrzymania w związku z zaginięciem siedemnastolatki.


Aktualnie poszukiwania na wyznaczonym terenie zakończyły się nie wnosząc nic nowego do sprawy.  Nie zmienia to jednak faktu, że działania te mogą przynieść oczekiwane rezultaty. W świetle tylu przełomów w wieloletnich sprawach jestem pełna nadziei, że odpowiedzialni za zaginięcie dziewczyny poniosą tego prawne konsekwencję.


sobota, 30 maja 2020

Zmowa milczenia, czyli tajemnicze zaginięcie Fabiana Zydora.


Podobno mówią, że milczenie jest złotem, otóż nic bardziej mylnego. Niektóre ze spraw poruszanych na blogu, aż same się proszą o większą uwagę czy niewypowiedziane i pominięte słowa. Wydawać by się mogło również, że niektóre z zaginięć mogłyby szybko znaleźć swoje rozwiązanie, gdyby tylko osoby związane ze sprawą postanowiły w końcu przerwać ZMOWĘ MILCZENIA❗️

Co więc sprawia, że ludzie nie chcą często poruszać pewnych ważnych tematów? Nie rzadko jest to po prostu strach, strach przed osobami odpowiedzialnymi za zaginięcie danej osoby, często również jest to wstyd. Przed kim? – przed samym sobą. Może mogłem pomóc, coś zrobić, albo po prostu COŚ powiedzieć? , „ale teraz już jest za późno”. Owszem, rzeczą jasną jest fakt, iż z czasem jest coraz gorzej i trudniej, obawiając się społecznego potępienia za wcześniejszą bierność. Należy mieć jednak nadzieje, że w końcu ktoś w tej sprawie znajdzie w sobie pewną odwagę i zakończy trwające już ponad 3 lata milczenie – na taki finał liczy rodzina z Tarnowej- rodzina i przyjaciele Fabiana Zydora.

Fabian Zydor pochodzi z niewielkiej wsi Tarnowa (gmina Pyzdry), gdzie po rozwodzie rodziców zamieszkał z siostrą i jej ówczesnym partnerem. W październiku 2016 roku miał 17 lat i wiele marzeń- jak każdy nastolatek chciał zdać egzamin na prawo jazdy oraz rozpocząć pracę w budownictwie. Miał wielu znajomych, z którymi często spędzał swój wolny czas. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że ich relacje są pozytywne, jednakże, jak to często bywa stosunki międzyludzkie lubią być skomplikowane- tak właśnie było w tym przypadku. Według zapewnień bliskich Fabiana, był on regularnie wyśmiewany i poniżany przez najbliższych kolegów. Często stanowił dla nich swoisty obiekt szyderstw oraz niepoprawnych żartów. Chłopak chcąc wpasować się do toksycznego środowiska znosił wszystko ze stoickim spokojem, starając się nie zwracać na to szczególnej uwagi.

Był 30 października 2016 roku - niedziela jak każda inna, nic szczególnego w Tarnowie się tego dnia nie działo. Fabian dostaje zaproszenie na imprezę od swojego sąsiada pochodzenia ukraińskiego, który był dużo starszy niż zaproszeni na imprezę goście. Takie spotkania odbywały się dość cyklicznie, tego dnia w spotkaniu uczestniczyły dwie koleżanki Fabiana, kilku kolegów oraz wspomniany wyżej gospodarz. Dom, w którym odbywała się zabawa mieścił się zaledwie 800m od domu chłopaka. Nie do końca wiadomo jak potoczyła się ta domówka, ale z relacji znajomych wynika, że Fabian w pewnym momencie rozpłakał się i oznajmił, że boi się wrócić do domu. Powodem strachu miał być szwagier, który jak twierdzą jego znajomi groził mu i znęcał się nad nim. Rodzina jednogłośnie dementuje te doniesienia, wspominając, że Fabian miał bardzo dobry kontakt z ówczesnym partnerem siostry.

W trakcie imprezy Fabian niespodziewanie podjął nagłą decyzję o powrocie do domu, z zeznań znajomych wynika, że było to około godziny 23:00. Najlepszy kolega chłopaka - Wojtek panicznie próbował zatrzymać pijanego kolegę. Według obecnych na spotkaniu koleżanek z ust chłopaka padły słowa „jak wyjdzie to zobaczysz”. Czy był to rodzaj ostrzeżenia? – sugerując się dalszymi wydarzeniami tej niedzieli, mogło być to wielce prawdopodobne. Wojtek do dnia dzisiejszego nie przyznaje się do wypowiedzenia tego jakże intrygującego zdania.

Tak na dobrą sprawę, młody chłopak miał do pokonania dosłownie kilkaset metrów przez las, który prowadził do asfaltowej drogi będącej już ostatnim odcinkiem trasy prowadzącej do domu chłopca. Niestety, jak można się spodziewać do domu już nigdy nie dotarł…

„O 9 rano zajrzałam do jego pokoju, jeszcze go nie było. Zaniepokoiłam się, dzwoniłam, ale jego telefon nie odpowiadał. Jego znajomi nie wiedzieli, gdzie jest. Gdy nie wrócił do południa, zawiadomiłam policję o jego zaginięciu”- Patrycja Zydor (siostra i prawna opiekunka Fabiana).

Rozpoczęły się więc poszukiwania, w których uczestniczyli policjanci z Wrześni. Ponad 100 funkcjonariuszy i psy tropiące przeszukiwali teren wokół trasy powrotnej do domu Fabiana. Sprawdzone zostały pobliskie lasy oraz zbiorniki wodne. Jedyny ślad jaki pozostał po chłopaku, to zapach – trop, który złapał pies na końcu leśnej drogi, w miejscu gdzie łączyła się z asfaltem. Tak, to ten odcinek gdzie do domu zostało mu zaledwie 100, może 200m…

Wszystko wskazuje na to, że chłopak wsiadł do samochodu. W tym miejscu rodzi się niesamowicie ważne pytanie: zrobił to dobrowolnie, czy ktoś postanowił mu w tym „pomóc”?

Wydaje mi się, że warto wspomnieć o jednym, dość zastanawiającym fakcie. Mianowicie na imprezie, na której bawił się Fabian, w gronie znajomych znajdowała się tylko jedna osoba, która nie spożywała alkoholu. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że wyżej przywołany abstynent opuścił zabawę zaledwie 20 minut przed wyjściem zaginionego chłopaka. Co więcej, tego wieczoru pełnił on funkcję kierowcy. Czy istnieje szansa, że to właśnie on zabrał Fabiana do samochodu?

Mieszkańcy Tarnowej wspominali o czarnym aucie, które kręciło się w okolicy remizy strażackiej. W związku z powyższymi zeznaniami sąsiadów w sprawie Fabiana, dochodzimy do kuriozum funkcjonowania służb mundurowych. Wymieniona wyżej remiza była akurat JEDYNYM monitorowanym punktem w całej wsi, co dodaje dodatkowo groteskowego charakteru całej sytuacji. Mianowicie okazało się, że policja zabezpieczyła niewłaściwy fragment nagrania, ponieważ tej nocy nastąpiła zmiana czasu, o czym nie pamiętano. Zapis dotyczy jedynie wcześniejszej godziny. W taki oto sposób został utracony jeden z ważniejszych tropów w tej sprawie, przypominając, że było ich naprawdę niewiele.

W sprawie Fabiana wciąż trwają liczne poszukiwania. Co rusz typowane są nowe miejsca, gdzie bliscy szukają, jak sami twierdzą - ciała chłopaka. Rozkopano nawet część podwórza, na którym stał dom zamieszkiwany przez zaginionego. Ponadto wypompowano wodę z pobliskiej studni, a całe jej dno skrupulatnie wyeksplorowano, lecz niestety na marne. W sprawę Fabiana zaangażowało się kilku prywatnych detektywów, którzy zgodnie twierdzą, że zagadka tajemniczego zaginięcia chłopaka może znaleźć swoje rozwiązanie tylko dzięki zeznaniom osób uczestniczących na imprezie.

Ostatnie logowanie telefonu zaginionego policja zlokalizowała 15 km od rodzinnej wsi chłopaka- w Antoninie o godzinie 23.18.

W tym miejscu dochodzimy do końca jakichkolwiek śladów czy poszlak w tej trwającej już ponad 3 lata sprawie, która toczyła się w niewielkiej wsi mieszczącej się w zachodniej części Polski. Mimo tego policja i rodzina nadal pamiętają to tragiczne zdarzenie i wciąż starają się dotrzeć do prawdy i rozwiązania sprawy.

Niestety, wiele wskazuje na to, że Fabian nie żyje, z taką wersją wydarzeń oswoili się także bliscy 17-latka. Jak sami twierdzą, chcą tylko godnie pochować ciało chłopaka, aby w końcu zaznał on spokoju.

Kochani, mimo czasu jaki upłynął od zaginięcia Fabiana Zydora wciąż liczymy, że sprawa niedługo znajdzie swoje rozwiązanie. Bardzo prosimy o udostępnianie postu, może w końcu znajdzie się ktoś, kto ulży rodzinie chłopaka w cierpieniu i wyjawi całą prawdę na jaw.


📍W dniu zaginięcia Fabian ubrany był w szarą bluzę z kapturem w czarne liście, czarne jeansy oraz czarne buty sportowe.


Zachęcam do zapoznania się również z innymi artykułami : https://kryminogenni.blogspot.com

wtorek, 19 maja 2020

TROCHĘ NAUKOWO - OSMOLOGIA

Witajcie, dziś przychodzę z zupełnie innym tematem, a może nawet nową serią. Kto wie?

 Mianowicie, aby zrozumieć pewną złożoność, mówiąc ogólnie spraw kryminalnych należy choć w niewielkim stopniu zaznajomić się z metodyką badań ułatwiających prowadzenie śledztw. Działów takich nauk jest bardzo dużo i wydaje mi się, że najbardziej popularną jest daktyloskopia czyli badanie odcisków palców, ale właśnie przez wzgląd na jej posłuch postanowiłam zająć się bardziej niszową tematyką. Rzecz jasna wpis czy jak kto woli artykuł będzie jedynie namiastką wiedzy, a bardziej trafnie swoistą inspiracją do zgłębienia tematu.

Otóż, na tapetę dzisiaj przywędrowała OSMOLOGIA (jako technika kryminalistyczna). Zdaję sobie doskonale sprawę, że tematy naukowe mogą nie każdemu przypaść do gustu, dlatego obiecuję na koniec wisienkę na torcie, czyli sprawę kryminalną, rozwiązaną dzięki tej właśnie dziedzinie nauki! Zaciekawieni? W takim bądź razie kawka kocyk i zapraszam do lektury :)

Na samym początku należy wyjaśnić czym co to jest Osmologia i czym w praktyce się zajmuje. Otóż, jest to dział techniki kryminalistycznej zajmujący się zabezpieczaniem, przechowywaniem i badaniem śladów zapachowych ludzi. Jest to najmłodsza jeśli chodzi o funkcjonowanie technika kryminalistyczna w Polsce. Głównie, wykorzystywani są do tego nasi czworonożni przyjaciele, czyli psy. Nie takie zwyczajne oczywiście, tylko SUPER PSY, specjalnie wyszkolone i wytresowane w tym zakresie. Naukowcy wyliczyli, że na indywidualny zapach pojedynczego człowieka składa się około 401 składników. Żeby jednak delikatnie utrudnić zadanie, składniki te absolutnie nie mają cały czas stałych wartości, ani też ich konglomerat nie jest stały. Dodatkowo, zależy on od mnóstwa czynników takich jak np. stanu zdrowia czy odżywiania się.


Z tym wszystkim musi poradzić sobie jeden pies. Pierwsza szkoła dla psów policyjnych powstała w 1899 roku w Belgii. W Polsce zgodnie z zarządzeniem Komendanta Głównego Policji wykorzystuje się do tego tylko psy rasy  owczarek niemiecki, które uzyskały specjalny atest (muszą go odnawiać co rok). 

Jak powszechnie wiadomo, każdy sprawca przestępstwa pozostawia po sobie jakiś ślad, nawet tak "mikroskopijny" jak zapach. Jak to mówią- diabeł tkwi w szczegółach i właśnie w tym przypadku zapach jest często tym najważniejszym szczegółem. Przecież każdy kryminalista porusząjąc się w obrębie miejsca  przestępstwa zostawia po sobie zapach, z nerwów i stresu poci się. Kluczowym jest jednak to, aby dany  ślad odpowiednio pozyskać, nie jest to wcale takie łatwe. Rzekłabym, że jest to najtrudniejsze w tej dziedzinie kryminalistyki.

Jak utrwalić coś tak ulotnego jak zapach?

Najlepszymi "nosicielami zapachu" są ślady biologiczne - fragment tkanek, krew, pot. Mogą zachowywać one indywidualny zapach nawet przez kilka lat.  Miejsce, przedmiot lub podłoże, z którego zabezpiecza się ślady dowodowe nakrywa się tamponami zapachowymi, a następnie folią aluminiową. Oczywistym jest, że ślady zapachowe z odzieży zabezpiecza się z tej jej części, która miała bezpośredni kontakt z ciałem człowieka. Drobne przedmioty natomiast umieszcza się wraz z tamponami w słoiku i szczelnie zamyka. Zabezpieczanie dokonywane jest poprzez kontakt tamponów z przedmiotem lub miejscem w czasie nie krótszym niż 30 minut.  Po upływie tego czasu zdejmuje się folię, a tampony przy użyciu pęsety przenosi do słoika i szczelnie zamyka. Badanie osmologiczne polega na ustaleniu czy występuje zgodność zapachowa śladu zabezpieczonego na miejscu zdarzenia z próbką zapachową pobraną od osoby podejrzanej. Ślad zapachowy z miejsca zdarzenia i próbka od osoby podejrzanej trafia do pracowni osmologicznej Laboratorium Kryminalistycznego KWP (KSP). Tam przeprowadzone są badania zgodności zapachowej. Między próbki zapachowe osób niezwiązanych ze sprawą w ciągu selekcyjnym ustawia się próbkę od podejrzanego. Pies przechodząc przy wszystkich stanowiskach nawęsza je. Jeżeli występuje zgodność przyjmuje pozycję „waruj” przy stanowisku, jeśli nie występuje, wówczas pies wraca do swojego przewodnika. Takich prób przeprowadza się kilka, przy czym ustawienie próbek za każdym razem jest zmienione. W badaniu biorą udział dwa psy posiadające aktualne atesty.

 


Jak często korzysta się z osmologii?

Najwięcej badań osmologicznych wykonywano w latach 1996 – 2005. Obecnie jednak  badania osmologiczne wypierane są na korzyść badań DNA, chociażby ze względów ekonomicznych.  W zasadzie trudno dostrzec dziś perspektywy rozwoju tej metody badawczej, bowiem dotychczas wokół niej niewiele się dzieje. Obecnie funkcjonuje zaledwie 8 pracowni, a liczba wydanych opinii nie jest w stanie dorównać tej z poprzedniego dziesięciolecia, o liczbie psów osmologicznych nie wspominając. . Pracownie takie znajdują się między innymi w Warszawie, Radomiu i Lublinie.

Błędy w ekspertyzach

Jak można się domyślić- głównym błędem jest działanie człowieka poczynając od nieumiejętnego zabezpieczenia śladu kończąc na niczym nieuzasadnionej rezygnacji z zabezpieczenia tego typu śladów, motywowana po wielokroć brakami w dostawie materiałów, a czasem brakiem stosownej walizki osmologicznej. Dodatkowo, na niekorzyść wpływa nieprzestrzeganie elementarnych zasad BHP na miejscach zdarzeń, a tym samym możliwość narażenia się na uszkodzenia i nanoszenie własnych śladów na podłoża. Jak i również niespójność między protokołem oględzin, a dokumentacją fotograficzną, np. inna numeracja zabezpieczanych śladów.

 

Osmologia jako dowód

Wartość diagnostyczna ekspertyzy jest oceniana przez specjalistów na 80% wskazań trafnych. Te wyniki tłumaczą sceptycyzm organów orzekających, które te dane szacują jako wartość dowodową. W świetle sądów dyskwalifikują je głownie uchybienia, a Sąd Najwyższy jasno stwierdził, że przy orzekaniu opierając się wyłącznie na dowodach osmologicznych należy zachować "daleko idącą ostrożność". Dlatego też, badania związane z zapachem najczęściej funkcjonują jako dowód poszlakowy w procesach.

 

Przykładowe sprawy zakończone dzięki dowodom w postaci zapachu

”W nocy z 7 na 8 grudnia 1996 roku, w Brzezinach na szkodę Zbigniewa W. skradziono ze sklepu wędkarskiego kołowrotki, kije wędkarskie, żyłkę, spławiki i inne przedmioty o łącznej wartości co najmniej 7000 złotych. Oskarżeni Robert S., Krzysztof Z., Piotr F., Mariusz Z., i Daniel S., nie przyznali się do popełnienia zarzucanego im czynu. Jedynym w zasadzie dowodem w tej sprawie była ekspertyza osmologiczna przeprowadzona w Laboratorium Kryminalistycznym Komendy Wojewódzkiej Policji w Skierniewicach w Pracowni Osmologii w Łowiczu. Podczas oględzin miejsca zdarzenia zabezpieczono w dwóch miejscach zapach przestępców, a mianowicie wewnątrz sklepu z podłogi w pobliżu otworu, przez który sprawcy wchodzili do środka oraz na zewnątrz sklepu z gruntu, przy tylnej ścianie sklepu, w pobliżu wyrwanych przez sprawców blach i desek. Przeprowadzone badania identyfikacyjne wykazały, że ślady zapachowe zabezpieczone jako dowód rzeczowy na miejscu włamania, są zgodne zapachowo ze śladami pobranymi od oskarżonych. Nie stwierdzono takiej zgodności ze śladami zapachu pobranymi od Daniela S. Sad nie dał wiary wyjaśnieniom oskarżonych. Za wiarygodne uznał natomiast wyniki badania osmologicznego, na podstawie, którego uznał oskarżonych za winnych popełnienia zarzucanego im czynu. Oskarżonego Daniela S. sąd uniewinnił. W uzasadnieniu wyroku Sąd podkreślił, że „…miejsce zabezpieczenia dowodowego materiału zapachowego, wewnątrz sklepu na zapleczu, pod półkami, wyklucza, aby oskarżeni mogli się tam znaleźć w innych okolicznościach niż podczas włamania do sklepu…”".

 "W kolejnej sprawie w nocy z 16 na 17 października 1997 r. w miejscowości Kaski, Mariusz J. działając w porozumieniu ze swym nieletnim bratem Arturem J. dopuścili się rozboju na osobie Marianny K. Grożąc podpaleniem budynku mieszkalnego użyli gwałtu na poszkodowanej w ten sposób, że uderzali ją pięściami w twarz, szyję i inne części ciała, które to obrażenia naruszyły funkcjonowanie narządów ciała na okres poniżej 7 dni oraz doprowadzili ją do stanu bezbronności związując jej ręce i nogi taśmą samoprzylepną, a następnie zabrali w celu przywłaszczenia pierścionek, obrączkę, kolczyki, dwa sygnety o łącznej wartości około 2000 złotych i kwotę 6000 złotych. Podczas oględzin miejsca zdarzenia z taśmy samoprzylepnej, którą była skrępowana poszkodowana, zabezpieczono ślady zapachowe. W toku przeprowadzonych badań osmologicznych ustalono zgodność pomiędzy śladem zapachowym zabezpieczonym na miejscu przestępstwa a materiałem pobranym od Mariusza J. i Artura J. Pokrzywdzona nie rozpoznała żadnego za sprawców, gdyż byli oni zamaskowani pończochami na twarzy. Sąd skorzystał z dziedziny nauki- osmologii i zapoznał się z przebiegiem ekspertyzy zarejestrowanej na taśmie video i uznał właściwą jego organizację, poprawność zabezpieczenia materiału dowodowego, poprawność zachowania osób w nim uczestniczących, należyte wyszkolenie psów i ich kondycję potwierdzona atestami, a także wyszkolenie i doświadczenie przewodnika...”. Oskarżony Mariusz J. skazany został na karę trzech lat pozbawienia wolności. Sąd w uzasadnieniu wyroku podniósł, iż „…niezawodność tych badań jest niemal 100% a prawdopodobieństwo pomyłki jest czysto teoretyczne i wynosi 0,001…” ".

 

Autor: Julia Gotowicz

Źródła: https://www.osmologia.wortale.net/243-DOWOD-OSMOLOGICZNY---DOWODEM-JEDYNYM.html

http://gazetasledcza.pl/2018/10/osmologia-w-sluzbie-kryminalistyki/#.XsQbROxKbIV

http://www.kujawsko-pomorska.policja.gov.pl/kb/dzialania-policji/kryminalistyka/aktualnosci/arciwmlb/2518,Certyfikacja-osmologii.html


Rodzina, która zapadła się pod ziemię - zaginięcie rodziny Bogdańskich

Sprawy zaginięć bywają różne – każda jest na swój sposób unikalna – jedna mniej, druga zaś bardziej tajemnicza. Niewielki jest jednak odsete...